05 czerwca 2015

01 Rozdział: Trzy dni

Dzień za dniem mijał Bellamy'emu właśnie tak - na wałęsaniu się po lasach w poszukiwaniu jedzenia. Polowanie zapewniało mu ucieczkę od niepotrzebnych myśli. Lasy, tajemniczość w nich tkwiąca to była pierwsza rzecz którą pokochał zaraz po tym, gdy zeskoczył ze statku. Pierwszy oddech czystym powietrzem. Pierwszy uśmiech jego siostry na tle zielonych, szeleszczących liści. Dzisiaj tylko las pozostał taki sam. Na tyle fascynujący, że mógłby nawet w nim zamieszkać gdyby nie fakt, że musiał pomagać w Obozie Jahy. Za każdym razem, gdy - smutniejąca z dnia na dzień - Abigail Griffin pozwalała mu iść na polowanie samotnie, musiał udawać wdzięczność. Uczucie, które było mu niegdyś obce. Parę razy wydawało mu się, ale tylko przez chwilę, że wykazywał empatię w tej postaci. To było wtedy, gdy Clarke zgodziła się pomóc mu uratować siostrę. Wtedy, gdy zgodziła się na łaskawy osąd Charlotte. Zazwyczaj chodziło właśnie o młodszą Griffin. Ale sama myśl o osobach, których już więcej nie zobaczy sprawiała, że jego sumienie czerniało. W końcu mógł tyle zrobić, żeby zatrzymać ją od opuszczenia Obozu. Nie potrafił zatrzymać nawet własnej siostry. Przynajmniej był pewien, że obie sobie poradzą. Muszą.
Dlatego właśnie wolał zajmować swój umysł tropieniem zwierzyny. Nie był w tym tak dobry jak Finn, ale z kolejną nową wyprawą stawał się coraz lepszy. I tym razem znalazł odpowiedni, żywy kawał mięsa i postanowił go zdobyć. Złapał za broń i.. coś go zaniepokoiło. Odwrócił się natychmiastowo, ale niestety.. ujrzał tylko zarys masywnej postaci. Coś uderzyło go w głowę, pozbawiając przytomności.

Gdy obudził się, pierwsze co poczuł to okrutne, nieprzyjemne zimno. To postawiło go od razu na nogi. Był w głębokim, betonowym dole. Nie był związany, ale pozbawiony broni. Przed nim znajdowały się zardzewiałe kraty. A tuż obok nich, misa z wodą. Czyżby oprawcy o niego dbali? To pierwsze co przyszło mu na myśl.
Gdy usłyszał masywne kroki, nieco się przestraszył. Nie zdołał jeszcze wszystkiego przeanalizować, a głowa wciąż go bolała. Miał cichą nadzieję, że tylko chwilowo jest więziony, że to nieporozumienie.
Zatrzymał się na samym środku, obserwując poczynania Ziemian, którzy wyłonili się zza zakrętu. W rękach trzymali niskiego blondyna. Bellamy od razu go rozpoznał. To Roy, syn biologów. Zaginął dwa miesiące temu. W duchu ucieszył się, że wciąż żyje.
Ziemianin o zielonych, wężowych oczach otworzył kraty. Drugi, nieco starszy, o długiej brodzie wrzucił Roy'a do celi.
- Podejdź tu - nakazał młodszy.
Bellamy postanowił iść z nimi na ugodę. Nie zrobili Roy'owi krzywdy więc liczył, że z nim postąpią podobnie. Nie chciał robić problemów. W końcu musiał wydostać stąd i siebie i chłopaka. Podszedł do Ziemian, a Ci pochwycili go w brutalny uścisk. Nie było to dla Blake'a komfortowe, ale zdawał sobie sprawę, że to i tak łaska w ich wykonaniu.
Prowadzili go przez długie ciemne korytarze o zabetonowanych ścianach. To musiała być jakaś stara, poniszczona budowla. Jakiś ludzki bunkier, który wytrzymał tyle czasu. Wkrótce chłopak poczuł słońce na twarzy, było niesamowicie przyjemne w porównaniu do zimnisk, w których przebywał przedtem. Znajdowali się w wiosce ziemian. To były zwykłe namioty, dodatkowo wykonane niezbyt starannie. Prawdopodobnie zatrzymali się w tym miejscu tylko na parę dni. Ziemianie wprowadzili chłopaka do tego największego namiotu, prawdopodobnie należącego do przywódcy.
Bellamy stał już sam. Ziemianie, którzy go przyprowadzili opuścili namiot. Podobnie jak wszyscy inni, prócz dziewczyny stojącej na samym środku. Chłopak wszędzie by ją już rozpoznał. To była Lexa. Nie zmieniła się ani trochę. Wciąż wiało od niej dumą, choć on nigdy nie miał jej tego za złe. Dziwiło go tylko co tu robił, dlaczego Ziemianie, którzy niegdyś zdradzili Ludzi Nieba teraz ich przetrzymują. W jakim celu?
Oboje stali w ciszy przez kilka minut. Blake ani myślał zaczynać rozmowę, nigdzie mu się nie śpieszyło. Lexa przez ten cały czas wydawała się zniecierpliwiona, jakby nie wiedziała co powiedzieć, od czego zacząć. W końcu opuściła głowę nisko, mamrocząc coś do siebie.
- Bellamy, to niesamowite spotkanie - zaczęła z udawaną radością.
Chłopak tylko spojrzał na nią niezrozumiale, przytakując.
- Jak zapewne się domyślasz, nie pałam do ciebie ani do jakiegokolwiek Człowieka Nieba sympatią.
- Sądząc po tym, że skazałaś połowę moich ludzi na śmierć to faktycznie - odpowiedział bezczelnie, wciąż wpatrując się w nią. Coś na jej twarzy się zmieniło, jakby nienawidziła chłopaka jeszcze bardziej niż sekundę temu, ale wciąż starała się być opanowana. To wydawało się dla chłopaka całkiem komiczne.
- Dość tego. Nie mam zamiaru się z Tobą patyczkować. Przyprowadź mi tu Clarke - powiedziała na jednym wdechu, odwracając się na pięcie.
- Clarke? - Chłopak przez chwilę się zastanawiał, o co może chodzić - Po co?
- Chcę porozmawiać z przywódcą Ludzi Nieba.
- Clarke nie jest przywódcą naszego Obozu - chłopak po raz kolejny zagrał jej na nerwach.
- Nie obchodzi mnie to. Idź do tego cholernego obozu i ją tu przyprowadź. Albo wszyscy Ludzie Nieba, których przetrzymujemy zginą. Masz trzy dni - machnęła ręką, co poskutkowało wtargnięciem znanych już Bellamy'emu dwóch Ziemian.
- Poczekasz na potrzebny prowiant w celi.
- Woo! Czekaj! Lexa! - Krzyknął, gdy wyprowadzano go z namiotu - Clarke nie ma w obozie! Opuściła nas!
Lexa, choć słyszała słowa chłopaka, nie zareagowała od razu. Przez pierwszą chwilę pomyślała, że kłamie, żeby uniknąć śmierci swoich ludzi. Z drugiej jednak strony znała Clarke. Wiedziała, że ogarnięta nienawiścią do niej byłaby zdolna zemścić się na Ziemianach. Więc mogła opuścić Obóz i zacząć życie na własną rękę, a co ciekawsze, planować zemstę. Lexa na samą myśl o ponownym spotkaniu z dziewczyną w takich okolicznościach uśmiechnęła się.

Bellamy został dosłownie wrzucony do celi, gdzie znajdował się Roy. Chłopak spał, jednak usłyszawszy nagły huk, raczył otworzyć oczy w zdziwieniu.
- Kogo ja widzę.. - powiedział blondyn podnosząc się z betonu. Bellamy podniósł jedną brew z pytającym spojrzeniem.
- Jak to się stało? - powiedział w końcu. Roy uśmiechnął się.
- Powiedzmy, że życie botaników nie jest takie świetne na Ziemi, jakie było na Arce. A ich dzieci szczególnie.
- Dlatego postanowiłeś uciec i postawić na nogi wszystkich? Zgłupiałeś do reszty? - Blake usiadł na betonie. Wydawał się jeszcze zimniejszy niż przedtem.
- Chciałem coś odkryć. Dla moich rodziców. Kane.. a w szczególności Abby uważali, że nikt bez strażników nie może opuszczać obozu bez konkretnego powodu. A w szczególności taki dzieciak jak ja. Priorytetem było bezpieczeństwo, broń i jedzenie. Odkrywanie świata według Kanclerza "mogło poczekać". To trwało zbyt długo. Moi rodzice nie zajmowali się już w ogóle tym, do czego byli stworzeni. Czuli się bezużyteczni. A ja jako ich syn nie mogłem kontynuować biologicznej nauki zamknięty na skrawku ziemi. Miałem wrócić po paru godzinach. Ale skomplikowało się.. - chłopak opowiadając, zaczął chodzić to w lewo to w prawo.
- Spotkałeś Ziemian? Agresywnych Ziemian? - zakpił Bellamy.
- Nie. Ich spotkałem na końcu. Najpierw ogarnięty strachem po spotkaniu ogromnej małpy zgubiłem się w lesie. Postanowiłem iść w stronę wielkiej góry.
- Mount Weather? To teraz zbiorowy grób.
- Ludzie z Obozu ograbili wszystko, co tam znaleźli. Zostało naprawdę niewiele. Spędziłem tam z tydzień. W końcu natrafiłem na pomieszczenie pełne rozkładających się zwłok. Uciekłem. Byłem już daleko od Obozu, gdy zorientowałem się, gdzie jestem. W poszukiwaniu jedzenia natrafiłem na grupę ludzi. Nie byli to ci dzicy Ziemianie... To było jakieś inne plemię zmieszane z paroma innymi. Było też trzech naszych. Will i Jayden, którzy podobno byli ocalałymi z części Arki. No i.. Clarke Griffin.
Gdy tylko Bellamy usłyszał jej imię, uśmiechnął się szeroko. Otrzymał potwierdzenie, że dziewczyna żyje. A przynajmniej żyła całkiem niedawno.
- Radziła sobie? - Zapytał z ciekawości. Roy uśmiechnął się tylko.
- Spędziłem z nimi dużo czasu. Gdyby nie Clarke, ja nie wiem czy dalej bym żył.. Jednak pewnego dnia ona również wróciła pokiereszowana. Była na polowaniu z Jaydenem. Nigdy go nie lubiłem. Musiał ją wnieść do obozu.
- Co się wtedy stało? - Bellamy zmarszczył brwi.
- Podobno ich zaatakowano. Tyle zdołał mi powiedzieć Jayden. Clarke miała poważną ranę w nodze.. chyba w udzie. Inni ludzie jej pomogli, jednak było mało czasu. Wszyscy rozdzieliliśmy się, Clarke poszła ze mną. Musiałem pomóc jej iść. Nie wiedziałem, gdzie ją zaprowadzić, więc zostawiłem ją w Mount Weather, a potem uciekłem. 
- Uciekłeś!? - Blake wstał ze wściekłości - jak mogłeś ją tam zostawić!?
- Trząsłem się ze strachu, jestem nie największy. Kazała mi to zrobić. Zapewniała, że sobie poradzi.
- Powiedziałeś komuś o tym, gdzie jest?
- Ziemianie wypytywali mnie o to, skąd jestem. Nigdy nie przyznałem się, że z Obozu Jahy. Więc pytanie o nią nigdy nie padło..
- Jak myślisz.. dalej tam jest?
- Minęło kilka dni..
- Cholera - zaklął Bellamy. Zawiesił wzrok w ścianie, układając sobie wszystko w głowie. Znał już swój cel. Musiał odnaleźć Clarke z dwóch powodów. Żeby uratować więźniów, ale przede wszystkim, żeby pomóc jej w niebezpieczeństwie, które napotka w Mount Weather. Prawdopodobnie nadal jest ranna. Nie ważne jak bardzo umie sobie radzić, tym razem z pewnością potrzebuje jego pomocy.
- Właściwie to Ziemianie wypytywali mnie głównie o broń. Jak wytworzyć taką o dużym rażeniu. Nie miałem o tym pojęcia.. Myślisz, że tego potrzebują?
- Musi być powód, dla którego znowu zwracają się do nas. Zdradzili nas. Prawie zabili połowę MOICH ludzi. Przez nich musieliśmy zabić całe Mount Weather i.. --
Przerwał mu nadchodzący Ziemianin. Wyciągnął go brutalnie z celi i wyprowadził przed tymczasową wioskę.
- Idź na południe. Znajdziesz swój Obóz.
- Południe? - Bellamy spojrzał pytająco na mężczyznę. Był przyzwyczajony, że tereny Ziemian to Południowy-Wschód. Tym razem to było dla niego lepsze. Miał bliżej do Mount Weather niż do Obozu.
- Masz trzy dni. Podróż zajmie Ci pół dnia. Na cholerę nie wiem, po co Ci aż tyle czasu. Ale wykorzystaj go. Nie będziemy czekać.

1 komentarz: